2017/11/12

I. Początek końca.

Arka Roun 00.44,
dziewięćdziesiąt pięć lat przed wejściem na arkę.


Zaciskam zęby, czując zimne krople na swoim roztrzęsionym ciele. Bezbarwny płyn ginie w nogach, a odpływ bulgocze od ściekającej ilości. Zapach substancji dezynfekujących unosi się w powietrzu, a mrożący krew w żyłach dotyk lateksu, ugniata i wciera je w zaczerwienioną skórę.
Czuję upokorzenie. Wstyd. Żal. Ból. I szczęście — w końcu ich opuszczę i nigdy więcej nie zobaczę. Nareszcie.
W pomieszczeniu roznosi się dźwięk pukania; rytmicznego i cichego. Patrzę przed siebie i widzę kamerę w rogu białego pokoju. Czerwona lampka się świeci i kieruje się prosto na mnie. Przygląda mi się. Gdzieś z boku lustro weneckie drży. Widzę w nim swoje odbicie: zapadnięte policzki, zmęczone oczy, ponury uśmiech, lekko powykrzywiane zęby i rozczochrane, ciemne włosy. Nie spoglądam niżej, choć wiem co i tym razem bym ujrzała. Tą samą chudą i zaniedbaną sylwetkę. Skórę spragnioną światła.
Brzydzę się osoby, którą jestem. Którą stałam się przez nich. Jestem prostym wrakiem człowieka. Nikim więcej. I nikim mniej.
Lopet unosi głowę, a szara siatka na jej głowie błyszczy w świetle ledowych lamp. Zielone oczy są skierowane na mą twarz i z uporczywością obserwują linie mimiczne — nie poruszam się, kiedy druga kobieta, przestaje mnie oglądać i oceniać stan zdrowia.
— Lopet, stan zdrowia pięć na dziesięć. Uważasz, że przetrwa w komorze mrożącej na sto lat? — Lopet poprawia siwe włosy pod siatką i sunie długopisem po kartce. Rzuca mi nieodgadnione spojrzenie. Wzrusza ramionami. Kładzie pomarszczoną dłoń na biodrze i spogląda w kamerę, która na nią reaguje tak samo, jak na mnie.
— Kanclerzu Jobe?
Lustro drży ponownie. Dźwięk rozsuwanych drzwi rozbrzmiewa w białym pomieszczeniu. Słyszę kroki. Ciężkie, wyważone i przemyślane. Z wnęki wyłania się postawna postura, wysoka i barczysta. Innym słowem: idealna. Przed sobą mam najprawdziwsze męskie piękno. Szorstkie rysy twarzy, głęboko osadzone oczy, ostro zarysowany podbródek i długie włosy.
To on — Jobe Lorrën. Kanclerz Arki Roun 00.44 i mężczyzna, który zabrał ode mnie cały ból, który pozostawił ojczym.
Stoi naprzeciwko mnie i ściąga brwi, widząc mnie nagą. Unosi dłoń i przesuwa opuszkami palców po moim policzku. Zagryzam wewnętrzną część wargi i przełykam z trudem ślinę. Wiem, że pozwoli mi zdecydować.
— Uważam, że decyzja należy do panny Nusedray — mówi cicho, a w jego oczach widzę niepewność. Nachyla się do przodu i szepcze: — To twój wybór, stokrotko. Wiesz o tym.
Przytakuję.
— Chcę wziąć udział w projekcie ZARIA — duszę w sobie chęć rzucenia się na niego, kiedy spoglądam mu głęboko w ciemne oczy; zbolałe i zranione. — Chcę się uwolnić od bólu i odejść do nowego świata. Lepszego świata.
Uśmiecha się, a grdyka mu drga. Rozumie moje pobudki i potrzeby. To on zabrał ode mnie ból, dał czułość i miłość. Łapie mnie za dłoń i przyciąga do siebie. Mijamy Lopet i jej koleżankę, które z niezrozumieniem spoglądają to za mną, to za swym szefem. Przechodzimy pod łukiem, który wskazuje kierunek danych korytarzy. Idziemy prosto przed siebie, ramię w ramię, dopóki nie zatrzymujemy się przy ostatnich drzwiach. Białych, prostych z tablicą wstęp wzbroniony.
Jobe wyciąga kartę magnetyczną i przesuwa po czytniku. Lampka zmienia kolor z czerwonego na zielony, a głośny dźwięk dobiega do moich uszu. Zostały odblokowane. Zamieram przyparta do jego torsu. Widzę przed sobą osiemdziesiąt komor mrożących, a połowa z nich jest już zaludniona. Miałam do niej należeć. Do nowej ery. Bez Jobe'a.
— Nie musisz tego robić — szepcę, czując się winna tego, że to on pozbawi mnie życia na sto lat. Że już nigdy więcej się nie zobaczymy. Dotkniemy. — Poproszę Lopet, o wyłączenie mi parametrów życiowych.
Kręci głową i łapie w dłonie twarz. Usta ma słodkie i spierzchnięte. Ciepłe i takie znajome. Myśl, że go opuszczam, doprowadza mnie do szaleństwa, ale jestem jednak zbyt samolubna, aby zrezygnować. I on to rozumie.
— Kocham Cię, Stokrotko. Pamiętaj o tym — powtarza wielokrotnie, kiedy pomaga mi wejście do komory. Zimno oblepia moje ciało, a krople wody spływają po kościach.
Teraz albo nigdy, Rio. Zrób to.
— Ja też Cię kocham, Jobe.
Łapię w dłonie rurę i przyciskam ją do swych ust. Blokuje moje ręce pasami bezpieczeństwa, podłącza kable do generatora. Duszę się, kiedy rura szorstko wsuwa mi się do gardła. Oddycham ciężko, a szklana klapa opada. Mgła obejmuje moje ciało. Czuję przerażający paraliż, a powieki same mi opadają.
Twarz Jobe'a odchodzi w zapomnienie.
Tak samo jak moje stare życie.